piątek, 23 października 2015

WYBORY 2015 – CZY JEST NA KOGO GŁOSOWAĆ?



Każdy może głosować jak chce, ale wielu wyborców (kilkanaście i sporo więcej procent) jest niezdecydowanych, a niemała część z nich podejmuje decyzje w ostatniej chwili. Może komuś przydadzą się tutejsze moje sugestie?

Są one pisane z perspektywy niepartyjnej (nie należę i nie jestem partyjnie związany), z punktu widzenia miejskiej aktywności społecznej, i politycznej, która wymaga także współpracy z politykami i działaczami różnych partii. Sprzyja więc poznawaniu i ich, i tego „jak TO działa”. Ruch miejski, którego jestem od lat uczestnikiem i współkreatorem, funduje się na wspólnym MIASTOPOGLĄDZIE, opartym na miejskiej narracji konkretnej, a nie na partyjnym światopoglądzie politycznym. Niemal nigdy po 1989 r. nie miałem komfortu głosowania, polegającego (w wyobrażeniu) łącznie na tym, że „mój” kandydat/ka jest z komitetu, który programowo da się poprzeć bez większych zastrzeżeń, osobiście dla mnie jest wiarygodny/a i generalnie atrakcyjny/a i do tego ma realne szanse na wybór. Być może oczekiwać tego wszystkiego na raz to zbyt wiele. A może – tak jest świat zbudowany i lepiej nie będzie? W obu przypadkach pojawia się pewien dystans, racjonalizm, trochę luzu, zmniejszają się oczekiwania w imię realizmu...
Mam wrażenie, że w tych wyborach wybór jest szerszy, niż w wielu poprzednich, choć nie jest to wielka zmiana na lepsze, ale widoczna.

Punkt wyjścia:
Programowo, z punktu widzenia „kwestii miejskiej” zawsze zakładaliśmy równy dystans do partii politycznych. W indywidualnym przypadku, tu moim, tak się nie da, bo do jednej partii bliżej innej dalej. Ale świadomość, że w kluczowym dla nas temacie niemal każda partia może być pożytecznym sojusznikiem, czyni stosunek do partii bardziej zrównoważonym i realistycznym, mniej fundamentalistycznym, albo opartym na fobii antypartyjnej.
Z doświadczenia i obserwacji wiem, że najważniejsi są ludzie – sami kandydaci do parlamentu, wyborcze programy partyjne to mocna ściema, ważne są biografie i czyny; lepiej, żeby z „wrednej” partii był poseł uczciwy, przyzwoity i umysłowo wydolny, niż na odwrót.
Generalnie znam osobiście osoby, na które próbuję tu zwrócić uwagę, niektóre od wielu lat, nie są to dla mnie abstrakcyjne nazwiska i twarze znane tylko z mediów. Wiem o kim piszę, także trochę od ciemniejszej strony tych osób ;-)..
W przypadku wielu z sugerowanych tu do rozważenia kandydatów istnieje obszar poważnych różnic zdań, z niektórymi bywały konflikty i spory. Jednak wynik-bilans jest taki, że proponuję wziąć ich kandydatury pod uwagę. Nie mówiąc o tym, że „ich” partie/komitety jako takie niekoniecznie mnie pociągają w ich całokształcie programowo-ideowym, jedne bardziej, inne.


Moje wykluczenia
PSL i jego kandydaci nie są tu brani pod uwagę. Nie dlatego, że przekaz taki jak w dowcipie (lider PSL pytany o to, jaką partię typuje na zwycięzcę wyborów, odpowiada – naszego przyszłego koalicjanta..) w powszechnym odczuciu jest trafny. Przede wszystkim dlatego, że w mieście Poznań stawianie na kandydata partii chłopskiej jest bez sensu.
Trzy komitety: Korwin, Kukiz’15, JOW Bezpartyjni – na wejściu mają u mnie szlaban. Pierwszy z powodu archaiczności programowej rodem z XVIII w. i chamówy w przekazie, drugi z powodu niekompetencji – zmarnowania sporego potencjału społecznych nadziei i związanych z nim energii. Trzeci – bo JOWy są szkodliwe dla demokracji, to oczywistość.


SENAT

Agituję wprost za prof. JADWIGĄ ROTNICKĄ, senator z ramienia PO

Nie tylko dlatego, że kontrkandydatem jest absolutnie nie do przyjęcia prof. Stanisław Mikołajczak z PiS, szef AKO im. L.Kaczyńskiego, główny inicjator wojny kulturowej w Poznaniu wokół tzw. Pomnika wdzięczności. Przede wszystkim z powodu działań J.Rotnickiej na rzecz ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju miast, ostatnio – tzw. ustawy krajobrazowej. Ale nie mam wątpliwości co do wyniku wyborów na korzyść pani senator.

SEJM
(W kolejności alfabetycznej)

Proponuję przychylnie rozważyć:

ZJEDNOCZONA LEWICA
Ma rację Adam Ostolski, że ZL pokazała z dobrym skutkiem rzecz rzadką w polskich realiach i tradycji politycznej – zdolność do współdziałania i kompromisu, w imię wspólnego celu, jakim jest obecność lewicy w Sejmie. To zakłąda samoograniczenie, któremu podporządkowali się i zły człowiek Miller, i nieco mniej zły – Palikot. Plus odwaga w imię uczciwości – zamiast kombinowania z progiem wyborczym postawienie na koalicję, dla ktorej próg jest wyższy – 8%.
Katarzyna Kretkowska (miejsce 3) – SLD, w-ce przewodnicząca Rady Miasta Poznania
Nie rozumiem, dlaczego KT nie otwiera listy ZL, jako najbardziej rozpoznawalna w Poznaniu osoba z tej listy. Katarzynie na pewno nigdy nie brakuje odwagi ani niezależności by konsekwentnei walczyć o to, do czego jest przekonana.
Halina Owsianna (m-ce 6) – bezpartyjna, radna M. Poznania, przew. RO St.Winogrady
Poznaliśmy  się w 2008 r. przy okazji próby wsparcia dla RO Stare Winogrady ze strony stow. My-Poznaniacy, w jej sporze z inwestorem Wechtą, który przy wsparciu R Grobelnego wziął się za zabudowę bezpośredniego sąsiedztwa Cytadeli.
Joanna Gabiś (7) – Zieloni, szefowa koła w Poznaniu
Joanna ma przyszłość polityczną, po kilku latach zapaści Zieloni w Poznaniu pod jej szefowaniem podnieśli sie całkiem dobrze. Jest tu coraz lepiej, a będzie jeszcze lepiej.
Stanisław Schupke (15) – SD, Prawo do Miasta.
Nasz kolega z Antoninka, od lat aktywny w SD.

RAZEM
Dość blisko mi programowo do "Razem", która to partia wbrew  rozmaitym epitetom, wyzywającym od lewicowego radykalizmu, jest normalną, europejską socjaldemokracją, partią centrolewicową. To nasz kraj ma zaburzenie równowagi ideowej, z "liberalnymi" publicystami na czele.
Dr Leszek Kwiatkowski (1) – naukowiec na UAM i tłumacz z hebrajskiego
Miałem okazję dopiero niedawno poznać osobiście – człowiek niezwykły, o wielkich możliwościach.
Maciej Roszak (11) – Prawo do Miasta, mieszkaniec Jeżyc.
Miejsce ostatnie jest dla wybitnych kandydatów! Maciej jest aktywny politycznie na lewicy od kilkunastu lat. Razem w Poznaniu mu dużo zawdzięcza.

PLATFORMA OBYWATELSKA
Jeśli PO przegra wybory, co generalnie uważa się za pewne, nie ma pewności, że utraci władzę. A jeśli – to stanie się najsilniejszą partią opozycji. Tm bardziej ma znaczenie, kto będzie w PO nadawał ton, który nurt: ślepych i głuchych na zmiany, kurczowo trzymajacych sie status quo. Czy tych, którzy są otwarci na zmiany, już w PO zapoczątkowane.
Rafał Grupiński (2) – przew. Klubu Parlamentarnego PO
Należy chyba do mniejszości polityków PO, którzy rozumieją co się dzieje i próbuje zmienić Platformę tak, by była ona w stanie odpowiedzieć na wyzwania naszego czasu. Częściowo skutecznie, dlatego m.in. prezydentem Poznania nie jest już Ryszard Grobelny.

PRAWO i SPRAWIEDLIWOŚĆ 
PiS ma różne oblicza personalne, daleko mi do tej partii. Ale może być, z dużym prawdopodobieństwem, partią rządzącą.. Bądźmy realistami, dawanie świadectwa "prawdzie" zostawmy prorokom.
Dr Tadeusz Dziuba (1) – poseł na Sejm, b.wojewoda wielkopolski, członek stow. My-Poznaniacy
Sądząc po ostatnich wynikach wyborów do rady miasta, gdzie PiS zgarnęło 12 mandatów, o połowe więcej niż poprzednio – bardzo skuteczny lider. Niekoniunkturalnie zaangażowany w sprawy miejskie od lat, uczestnik Parlamentarnego Zespołu ds Polityki Miejskiej.

NOWOCZESNA.PL
Mimo retoryki cokolwiek neoliberalnej wydaje się ugrupowaniem progresywnym..
Iwona Janicka (3) – działaczka społeczna
Wojciech Chudy (4) – działacz społeczny na Ratajach

środa, 21 października 2015

KONIEC MIASTA = KONIEC WSI



W średniowiecznej Europie miasto, prototyp współczesnego miasta europejskiego, było na tle wiejskiego otoczenia swoistą enklawą bezpieczeństwa i wolności. Bezpieczeństwa strzegły mury obronne i straże na nich. Wolności – prawa miejskie, nadawane w akcie lokacyjnym (w Polsce np. na prawie magdeburskim albo lubeckim), uwalniające mieszkańców spod władzy pana feudalnego. Stadtluft macht frei!

Współczesność przynosi intensywny proces globalnej urbanizacji. W tym roku liczba ludności miejskiej na świecie ma przekroczyć liczbę ludności wiejskiej. W krajach „rozwiniętych” stało się to dawno, poziom urbanizacji sięga w nich 70-80%, i więcej. W Polsce próg 50% ludności zamieszkałej w miastach został przekroczony ok. 1966 roku. Wskaźnik ten rósł do ok. 2000 r., ale nigdy nie przekroczył 63%. Potem zaczął łagodnie spadać. Obecnie w miastach w Polsce zamieszkuje ok. 60,5% ludności kraju.

Dlaczego urbanizacja w Polsce zaczęła się cofać, czy na pewno i co to oznacza? Dla wsi, dla miasta, dla rozwoju kraju i jakości życia? W możliwej konsekwencji – czy łagodna dezurbanizacja oznacza rozkwit wsi? Jaki jest bilans tego procesu? Bo tego tak naprawdę nie wiadomo...

Czym się różni miasto?

Najpierw: czy wiemy o czym mówimy-piszemy, używając pojęć: „miasto” i „wieś”? Są przesłanki, by zaprzeczyć, a przynajmniej wskazać na niejednoznaczność tych pojęć –z powodu procesów zmian wsi i miasta w Polsce, których wynikiem ma być, jak mówią liczby, dezurbanizacja.

Wyobrażam sobie, że liczbę ludności miast w Polsce uzyskuje się przez przyjęcie, że ludność „miast” to mieszkańcy (stali) miejscowości posiadających prawa miejskie. Na początek 2015 r. w Polsce było 915 miast, od największej Warszawy (ok. 1 730 tys. mieszkańców) do najmniejszych Wyśmierzyc (ponad 900 mieszkańców i historia niewiele krótsza niż stolicy – blisko 680 lat od lokacji). W tym 214 miast ma powyżej 20 tys. mieszkańców. Ludność wsi to pozostała reszta – wsi jest w Polsce ponad 52 500.

Kryterium odróżniania miasta od wsi są prawa miejskie, przydające miejscowości statusu miasta. Czyli określony stan formalno-prawny, będący wynikiem arbitralnego w istocie aktu nadania. Wieś bowiem nie staje się „automatycznie” miastem, kiedy nabędzie obiektywnych „cech miejskich”. Na przykład – największa wieś w Polsce, Kozy w Beskidach, liczy 12,5 tys. mieszkańców, czyli więcej niż większość małych miast (ok. 500 miast liczy poniżej 10 tys. mieszkańców) i ma mniej niż 10 rolników..

Czym są dzisiaj w Polsce prawa miejskie, wyznaczające „status miasta”? Oraz, w efekcie, wsi...? W średniowieczu, i później, ich znaczenie było wielkie, niosły istotne i konkretne konsekwencje praktyczne dla życia mieszkańców. Miasta były potrzebnym dla gospodarczego funkcjonowania i rozwoju „odstępstwem” od porządku feudalnego, opartego na życiu wiejskim. Dopiero od późnego średniowiecza stawały się podstawą nowego ładu. Dziś w Polsce odrębność miasta, określonego przez prawa miejskie jest czysto tytularna. Istnieją pewne warunki, których spełnienie sprzyja uzyskaniu praw miejskich, choć tego nie gwarantuje – takie jak liczba mieszkańcow, typ zabudowy, dominujący rodzaj gospodarki (nierolniczy), znaczące instytucje, wyraźne centrum, infrastruktura typu „miejskiego” (wodociągi, kanalizacja, gaz...). Z drugiej strony – wieś „uszlachcona” statusem miasta nie nabywa nowych praw o znaczeniu praktycznym. Wójt staje się burmistrzem, a rada gminy radą miejską... Mniej więcej tyle.


Wieś do zabudowy

„Miasto” więc to jakby prestiżowo, ale tylko nomenklaturowo „wyższa” kategoria organizacji przestrzennego sposobu zamieszkiwania, znaczenie ma historyczna geneza miasta. Prawa miejskie nie mają regulacyjnego, kontrolnego sensu praktycznego. Dziś chyba nic, co historycznie jest charakterystyczne dla miasta, nie jest wykluczone na wsi. Ten stan rzeczy nie jest korzystny ani dla miasta ani dla wsi, przeciwnie – sprzyja procesom niekorzystnym dla ich rozwoju, niszczy je i degraduje. Ma także dramatyczne skutki dla środowiska przyrodniczego.

Gęstość zaludnienia miast w Polsce (1082 os./km kw.) jest ponad 21 razy wyższa niż wsi (51 os./km kw.). Istotą miasta jest trwałe skoncetrowanie dużej liczby ludności z jej całą praktyką życiową, nierolniczą, na ograniczonej przestrzeni. Wieś istnieje dzięki rolnictwu, które potrzebuje przestrzeni – na pola, pastwiska, sady, stawy itd. Ale dziś nie jest to tak klarowne ani oczywiste.

W sumie nie jest to nic nowego, że wieś staje się rezerwowym zasobem terenów pod inwestycje, przemysłowe i mieszkaniowe, także usługowe i infrastrukturalne (transport) – nawet odległa od dużych miast, choć im miasto bliżej, tym ten proces jest dobitniejszy. Jego wyrazem są dążenia legislacyjne na rzecz ułatwienia przekształcania statusu gruntów rolnych, zwłaszcza wyższych klas chronionych bardziej, na tereny inwestycyjne. Z kolei mieszkańcy wsi stają się rezerwą siły roboczej dla sąsiedniego miasta, także jeśli to sąsiedztwo jest odległe, co generuje codzienne, uciążliwe dojazdy, nawet kilkugodzinne. Trudno całościowo oszacować oba te procesy pod względem ilościowym. Są dostępne dane cząstkowe oraz opisy, niekiedy przejmujące, o charakterze case studies. Można tylko stwierdzić, że zarówno procesy demograficzne jak i dezindustrializacja, jaka w pewnym stopniu stała się udziałem Polski w związku z transformacją, nie uzasadniają skali i intensywności eksploatacji wsi i jej przestrzeni.

Czyli suburbanizacja

Słabe bariery formalno-prawne ograniczające możliwości lokowania inwestycji na terenach wiejskich, „poza miastem”, sprzyjają rozwojowi zabudowy mieszkaniowej, nawet do kilkudziesięciu kilometrów od centrów dużych miast. Rozpełzanie się miast (urban sprawl) jest podstawą procesów suburbanizacji. Tłumaczy się je dążeniem mieszkańców miast do poprawy warunków mieszkaniowych poprzez osiedlanie się pod miastem w domu jednorodzinnym z ogrodem – to znana utopia osobności, zieleni i ciszy. Masowa motoryzacja pozwala na życie „dwoiste”: pracę w mieście i zamieszkanie na wsi. Ma to pozwolić na korzystanie z walorów i miasta (praca + miejskie usługi) i wsi (przestrzeń i zieleń), bez dolegliwości bytowania w każdym z tych miejsc wyłącznie. W mieście dolegliwością jest hałas, emisja pyłów i spalin, ciasnota, tłumy, brak zieleni... Na wsi – brak pracy, usług, infrastruktury, atrakcji życia miejskiego.

Suburbanizacja jest w Polsce procesem powszechnym, najbardziej chyba dotyka Poznaniai i Warszawy. Ona w dużym stopniu „odpowiada” za nominalny wzrost liczby ludności wsi. Oznacza faktycznie dezurbanizację dużych miast, które mieszkańcy opuszczają – najbardziej Łódź, Katowice i Poznań, wybierając m.in. mieszkanie pod miastem. Suburbanizacja prowadzi do patologicznej urbanizacji terenów wiejskich, głównie blisko dużych miast. Nie jest to w żadnym razie rozwój wsi, lecz żywiołowy rozrost czegoś w rodzaju „kolonii miejskich”, obcych jak nowotwory.

Obecnie nie chodzi już o komfort nowobogackich w podmiejskim domu z ogrodem, lecz o kasę wszystkich potrzebujących samodzielnego dachu nad głową: za kawalerkę w mieście można  kupić 2 pokoje z kuchnią i łazienką „za miastem”. Na wokółmiejskich polach rosną nie rezydencje, tylko ciasno upakowane blokowiska, przypominające niegdysiejsze bloki przy PGRach dla robotników rolnych. Tylko tych obecnych jest wielokrotnie więcej, a ich mieszkańcy dojeżdżają codziennie do pracy w mieście. Ludzi z miast na podmiejskie/wiejskie blokowiska wypycha negatywna polityka miejska i mieszkaniowa  – negatywna, bo takiej polityki po prostu nie ma. Miasta nie mają żadnej propozycji mieszkaniowej dla zwykłych ludzi, konkurencyjnej wobec monopolu deweloperskiego – samodzielny dach nad głową trzeba kupić u dewelopera, po wyśrubowanej cenie.

Ni wieś, ani miasto – obszar zurbanizowany

Wyobrażenie „wolnego rynku”, dla którego mieszkanie jest „towarem” jak inne, wyrażające interesy branżowe i biznesowe, wygenerowało więc nową jakość urbanistyczno-przestrzenną. Z jednej strony procesy „nowotworowe” na wsi: żywiołową, pożerającą przestrzeń zabudowę miejskiego typu, puchnące „kolonie” bloków, funkcjonujące bez związku z wiejskim otoczeniem, dla którego są ciałem obcym. Za to przynoszące nowe, „miejskie” problemy, od korków drogowych na wsi poczynając. Te problemy biorą się z rabunkowego stosunku inwestorów do przestrzeni wsi. „Kolonia miejska” to zwykle nie jest kompleksowo zaprojektowane mini-miasto, z podstawowymi jego funkcjami, infrastrukturą i usługami, z optymalnie rozwiązanymi kolizjami z otoczeniem. „Optymalizacja” oznacza tu tylko maksymalny zysk z jednostki powierzchni zainwestowanego gruntu. Pod względem urbanistycznym współcześnie powstające blokowiska ustępują o niebo tym, które budowano za komuny, kiedy pozostawiano miejsce na rozmaite,harmonijnie zaprojektowane miejskie usługi towarzyszące i zieleń. Jednym z poważniejszych problemów społecznych dotykających mieszkańców zurbanizowanej wsi jest życie „w drodze”, w samochodzie przemieszczającym się codziennie kilkadziesiąt klometró do i z miasta, przez godzinę dwie i więcej.

Z drugiej strony – powiększa się degradacja zamierających centrów miast, opuszczanych przez urban-emigrantów, bo miasto nie pozwala im na zaspokojenie elementarnej potrzeby– samodzielnego lokum. Struktura miasta to ekspandujący obwarzanek z pustą i coraz większą dziurą po środku. Degradacja historycznych centrów wielu miast to poważny problem miejski w Polsce. W Europie Zachodniej jest on powoli przezwyciężany, więc nie jest to żaden fatalistyczny proces nie do powstrzymania i odwrócenia.

Konkludując – w jakimś stopniu znika miasto i znika wieś – w szerokorozumianym sąsiedztwie miasta. Natomiast rośnie „obszar zurbanizowany”, jednostronnie imitujący miasto, kolonizujący i degradujący tereny wiejskie, i przekształcających je w coś, co wsią już nie jest, ale miastem także nie – jest właśnie obszarem zurbanizowanym. Brak porządkujących regulacji, które na przykład blokowałyby intensywną zabudowę, zwłaszcza wielorodzinną, poza jasno zdefiniowanym miastem, sprzyja traktowaniu przestrzeni i środowiska przyrodniczego jako zasobu dla nieograniczonej, rabunkowej eksploatacji. Dokładnie odwrotnie niż w deklaracjach o rozwoju zrównoważonym, dla którego środowisko przyrodnicze i przestrzeń, to cenne i ograniczone dobra, użytkowane maksymalnie oszczędnie. Przykładem kosztów środowiskowych jakie niesie urban sprawl są obciążenia wynikające z rozciągania systemu miejskiej infrastruktury na wiele kilometrów od miasta, a potem kosztowna jego eksploatacja. Stąd, w opozycji do tego trendu, idea miasta zwartego i miasta „krótkich dróg” – by suma przemieszczanej energomaterii, niezbędnej do życia, była jak najmniejsza i by była przemieszczana ona jak najbliżej. Obecna tendencja jest odwrotna i staje się też udziałem wsi.


Przykład liczbowy, lokalny z Poznania (w ramkę):
Liczba mieszkańców:
1990 – ok. 590 tys.
2015 – ok. 545 tys.
2035 – ok. 490 tys. (prognoza)
2050 – ok. 405 tys. (prognoza)
Wyraźnie wyższą dynamikę spadku liczby mieszkańców ma Łódź, podobną Katowice, mniejszą Wrocław i Trójmiasto, Kraków nie ma spadku ani wzrostu, jedynie Warszawa ma wzrost zdecydowany.

Większe wsie w okolicy Poznania, łącznie mają ok. 65 tys. mieszkańców, którą to liczbę osiągnęły w ostatnich kilkunastu latach, w tym:
Koziegłowy 11,4 tys. mieszkańców;
Suchy Las 6,3 tys.;
Przeźmierowo 6,1 tys.;
Plewiska 5,9 tys.;
Czerwonak 5,6 tys.;
Skórzewo 5,4 tys.;
Komorniki 4,6 tys.;
Rokietnica 4,5 tys.;
Złotniki 3,0 tys.;
Dopiewo 3,0 tys.;
Dąbrówka 2,8 tys.


Post scriptum:
Osobnym problemem o dużym znaczeniu jest wpływ wielkich miast na otoczenie miejskie i wiejskie, w większej skali i na dalszą odległość. Słabo opowiedziane jest np. destrukcyjne oddziaływanie w promieniu dziesiątek kilometrów na lokalny handel i usługi oraz rynek pracy nowootwieranych wielkich centrów handlowych w miastach – centrach aglomeracji. Uderza to w łańcuchu przyczynowo-skutkowym w wieś, warunki pracy, jakość życia, rozwój lokalny itd. Degradacja tzw. „prowincji” będąca wynikiem gospodarki i polityki niezrównoważonej, a nawet wręcz rabunkowej, to jeden z większych dramatów cywilizacyjnych Polski. 

--------------------------------------------------------------------------------- 
Materiał opublikowany w "Zielonych Wiadomościach" nr 23 (3/2015) na str. 10
Patrz link: http://issuu.com/zielonewiadomoci/docs/2015_4_nr2_vers_web 

czwartek, 25 grudnia 2014

DLACZEGO “NIE” DLA POMNIKA WDZIĘCZNOŚCI NAD MALTĄ?


Zapytało o to Radio Merkury, bo podpisałem petycję w tej sprawie – polecam, liczba podpisów już przekroczyła 2500! Odpowiedź dała się usłyszeć na falach radiowych dzień po rozmowie, tyle że w wielkim skrócie. Spisuję ją tu w całości, z uzasadnieniem, bo jest to pewna powiązana wewnętrznie całość.

Uwaga: co do zasady jest OK, że jakieś środowisko chce wystawić w przestrzeni publicznej Poznania jakiś pomnik i organizuje poparcie dla swojej inicjatywy. Demokracja miejska na tym m.in. polega, że zróżnicowana społeczność miasta tworząca, mimo różnic, miejską wspólnotę samorządową, wyraża publicznie swoje rozmaite potrzeby, dążenia i wartości, i działa na rzecz ich realizacji. Problemem jest nadużycie wolności, czyli JAK to się robi? Zwolennicy budowy tzw. Pomnika wdzięczności zebrali ok. 26 tys. podpisów poparcia. Czy to prawda, że głównie dzięki pomocy kościoła w parafiach? Bo mają poparcie arcybiskupa? Mam wątpliwości, czy takie bezpośrednie zaangażowanie się kościoła, arcybiskupa, w meblowanie publicznej przestrzeni miejskiej, nie jest właśnie nadużyciem wolności..? Kościół nie jest społeczno-polityczną reprezentacją ogółu wiernych w ziemskich sprawach, nie takim sprawom służy jego organizacja.

Dlaczego więc NIE?

1. Lokalizacja musi być legalna, zgodna z prawem.
W zapisach miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego dla obszaru „Malta” w Poznaniu, z 23 kwietnia 2002 r., stanowiącego prawo miejscowe, miejsce między al. Jana Pawła II a jeziorem Malta, zaproponowane pod pomnik, oznaczone jest 1ZP1. To zieleń ogólnodostępna, parkowa. Paragraf 1 planu definiuje objęty nim teren jako przeznaczony na sport, rekreację i rozrywkę, cenny przyrodniczo, także z powodu krajobrazu kulturowego i historycznego. W paragrafie 11 Przepisów szczegółowych, w punkcie 16 dopuszcza się zachowanie istniejących obiektów kubaturowych na terenie 1ZP1, pod warunkiem ich modernizacji i przeznaczenia pod usługi sportowo-rekreacyjne lub gastronomiczne.
Rzecz jest prawnie bezdyskusyjna, w miejscu pożądanej lokalizacji pomnika nowych obiektów kubaturowych stawiać nie wolno. Ewentualnie należy więc przekonać radę miasta i prezydenta do zmiany mpzp, zgodnie z ustawową procedurą.

2. Nie potrzebujemy kolejnej pseudohistorycznej manifestacji bogoojczyźnianego patriotyzmu!
Ma to być manifestacja patriotyzmu przez kult znakomitej przeszłości, ale jest to patriotyzm przedpotopowy, w mentalnej zbroi rycerskiej czy husarskiej. Jego zakuty łeb zwrócony jest wstecz, kontempluje koński zad, choć głosi, że obcuje z Historią Narodu. Ale to tylko jednostronne wyobrażenia, nie historia, która jest znacznie bogatsza i ciekawsza niż jej nadęta, bogojczyźniana i martyrologiczna wizja. Pomijając już, że sensowny patriotyzm zwrócony powinien być w przyszłość, nie w przeszłość. Bo naród trwa i ma trwać dalej. Taka monumentalna, patetyczna manifestacja przestrzenna (Bóg-Honor-Ojczyzna) zmienia klimat i charakter tej części miasta, w istocie na przeciwny niż tam obecnie panuje, zgodnie z urbanistyczną koncepcją. Ten pomnik nad Maltą jest dla charakteru przestrzeni o wiele bardziej destrukcyjny niż np. „Gargamel” na Starym Mieście – wymyślony pseudozabytek upchnięty pomiędzy licznymi zabytkowymi budowlami razi jakby mniej.

3. Ten pomnik to jest estetyczna paskuda, która trwale oszpeci miasto.
Nie nastąpiłaby aż taka tragedia jaką stanowi surrealistyczna figura-gigant Chrystusa nad Świebodzinem... Ale już w latach 30-tych pomnik Wdzięczności wywoływał swoją pretensjonalną formą gwałtowny opór w Poznaniu.
Jeśli ulegać potrzebie upamiętniania historycznych zdarzeń lub postaci, trzeba to robić dobrze! (Bóg do artysty-malarza: ty mnie maluj dobrze, a nie na kolanach!). Jest, na przykład, w Poznaniu genialny w swojej prostocie pomnik polskich-poznańskich kryptologów, którzy złamali kody hitlerowskiej maszyny szyfrującej – Enigmy. Stoi przy wejściu głównym do CK Zamek. Niestety, doskonałość i harmonia współczesnej formy nie odpowiada licznym zwolennikom form pseudohistorycznych, czystego kiczu – jak choćby proponowany niedawno pomnik Przemysła II na koniu, pod kiczowatym „Gargamelem”. W Poznaniu jest silne i wpływowe lobby zabudowy „historycznej” (ponoć nawet chcą odbudować mury miejskie...), blokujące nową architekturę, nowoczesne rozwiązania, ten pomnik wpisuje się w taką postawę.

4. Dosyć symbolicznej klerykalizacji przestrzeni publicznej Poznania.
Pomnik wdzięczności ma charakter religijny jako Pomnik Najświętszego Serca Pana Jezusa. U nas trudno uniknąć wrażenia, że Pan Bóg jest Polakiem – tak bardzo dominuje tendencja, by utożsamić wszystko, co narodowe, polskie, patriotyczne, historyczne z tym, co katolickie, kościelne, religijne. Widać to w powszechnej obecności opraw i symboli religijnych w uroczystościach i obiektach publicznych.
W tym punkcie chodzi przede wszystkim o nasycanie przestrzeni publicznej i symbolicznej Poznania nazwami o religijnej proweniencji. Liczne ulice, place, szkoły otrzymują tytuły świętych, kardynałów, biskupów, papieża, itp. Wkrótce każdy proboszcz, jako zasłużony dla miasta, będzie miał swoją ulicę na terenie parafii. Choćby tylko w okolicy miejsca lokalizacji pomnika pożądanej przez inicjatorów mamy ulice: Jana Pawła II, abepe Baraniaka, abepe Dymka, St. Wyszyńskiego, Św. Michała, Św. Rocha, Serafitek, Św. Marii Magdaleny, most Biskupa Jordana, Św. Wincentego, Św. Jacka, Prymasa Hlonda itd. Pomnik, a zwłaszcza jego (proponowana) eksponowana lokalizacja wyraża tę tendencję i ogromnie ją wzmacnia.

Moim zdaniem jednak spór o pomnik nie jest światopoglądowy albo religijny, tylko dotyczy miastoglądu. Mieszkańcy są podzieleni w tej sprawie na pół, co przy ogromnej większości katolików wśród poznaniaków potwierdza nieświatopoglądowy charakter sporu. Chodzi w nim o to, co i w jakim trybie będzie wypełniać przestrzeń miasta, co zdominuje obraz miasta i tę przestrzeń,o jego klimat i charakter – jakie gusta i estetyki, jak ma być traktowane obowiązujące prawo miejscowe... Sam pomnik mieszkańców dzieli a nie łączy, katolików też, także dzieli z ich pasterzami.
Listy podpisów pod petycją przeciw pomnikowi zawierają wielką liczbę głosów poparcia, których autorzy nie chcą się publicznie ujawniać. To już tak ludzie boją się kościoła? Jak kiedyś komuny..? Pouczające są też liczne komentarze pod artykułem w Głosie Wielkopolskim na ten temat. Głos ludu?
Osobiście mam dość wszelkiej pomnikomanii, za Bolesławem Prusem (pisarz, autor lektur szkolnych).   Wolną kasę sugerowałbym  przeznaczyć zamiast na pomnik, np. na nowe przytulisko dla bezdomnych, w ramach praktykowania cnoty chrześcijańskiej miłości bliźniego swego. Dzięki temu paru ludzi może przeżyłoby zimę?