niedziela, 9 listopada 2014

NIE JESTEŚMY PARTYZANTAMI (MIEJSKIMI)!




Wojciech Bartkowiak ogłosił w dzisiejszej „Gazecie Świątecznej” tekst pt. „Partyzanci idą” nie po to, żeby wesprzeć ruchy miejskie w ich wyborczej walce, raczej odwrotnie: poważne sprawy mają pozostać w rękach poważnych, „wiarygodnych” ludzi – czyli wypróbowanych towarzyszy partyjnych i teamów prezydenckich.

Wolno tak redaktorowi, lecz nie o te diagnozy-prognozy tu chodzi. Chodzi o językowe formatowanie fenomenu ruchów miejskich w sposób, który z góry je w polityce dyskredytuje, co ułatwia przeprowadzenie wywodu z konkluzją jak wyżej. W dzisiejszych wydaniach „Gazety Wyborczej” drugi taki materiał ukazał się w „Wysokich Obcasach” pt. „Z partyzantki do urzędu”, napisany przez Jerzego Ziemackiego. Z powodu błędów i ogólnego niechlujstwa nie jest on, poza tytułem, godny uwagi. Chodzi o terminologię „partyzancką” w różnych odmianach, stosowaną do określania ruchów miejskich, jako ich charakterystyczna, podstawowa identyfikacja. Czytamy: partyzanci miejscy, partyzantka miejska, partyzanci wyszli z lasu, wrócili do lasu, ostrzał z lasu itd. itp., da capo al fine.

Jako działacz miejski od lat, współzałożyciel My-Poznaniacy i Prawa do Miasta, Kongresu Ruchów Miejskich i Porozumienia RM też, zaangażowany także w liczne inne mniej sławne miejskie przedsięwzięcia, uprzejmie acz stanowczo informuję, że

nie jestem, nie byłem ani nie będę żadnym partyzantem, w tym miejskim.

Ponadto nie widzę, żeby dookoła ktokolwiek z uczestników wymienionych lub innych miejskich działań miał coś wspólnego z aktywnością partyzanckiego rodzaju.

Nazywanie jest władzą boską, bo powołuje byty do istnienia, rzeczy nie nazwane nie istnieją, nazwane istnieją w taki sposób, w jaki zostały nazwane (choć niekiedy buntują się skutecznie przeciw terrorowi nazwy). Rzeczy nazwane nietrafnie istnieją koślawo, albo niezdrowo. Określanie „partyzantką miejską” działalności ruchów i organizacji miejskich (to nie to samo, co aktywność społeczna prowadzona po prostu w mieście), jest właśnie nietrafne i wykoślawia obraz tego fenomenu w społecznej świadomości, na jego niekorzyść. Szkodzi mu generując niekorzystne skojarzenia, emocje, uruchamiając nieadekwatne intuicje. Innym językiem – to jest przyprawianie gęby, zupełnie nie własnej, za to mocno krzywej. Zarówno przez nazywanie nas partyzantką, jak i kolportaż (za kolportaż też szło się siedzieć). 


Co charakteryzuje „partyzantkę”?
I jak się ona ma do faktycznej działalności ruchów miejskich, którą znamy, bo prowadzimy ją na codzień?

Przede wszystkim to określenie na rodzaj walki zbrojnej, z wszystkimi skojarzeniami – konfrontacyjnego charakteru, gwałtowności, przemocy itp. Ma się to nijak do naszej rzeczywistości, w której jest i konfrontacja z władzami, i współpraca i to co jest poza tym podziałem. A jeśli konfrontacja to w sądzie, SKO, w mediach albo na sali sesyjnej, raczej rzadko na ulicy, a jeśli – to w pokojowej demonstracji. Poza tym partyzanci mieszkają i walczą w lesie, my w mieście, rozumiejąc metaforę – jesteśmy wypychani z miasta realnego, widzialnego, w sferę cienia wirtualnego lasu. Nie możemy wychodzić z żadnego lasu, bo w nim nigdy nie byliśmy, nawet metaforycznie.

Las partyzantom jest potrzebny, bo ich ukrywa, i to istota partyzantki – konspiracja. My działamy jawnie, publicznie, nie w cieniu, nie skrycie, nasze organizacje często są zarejestrowane w KRS, bywa że ich siedziby znajdują się w naszych domach, nasze twarze, personalia, adresy, telefony są znane i często powszechnie dostępne, obecne w mediach. Bywa, że także sprawozdania z działalności i rozliczenia finansowe są publiczne. Jaka konspira? Jawność, a często rozgłos są nam potrzebne, by osiągać cele. Jawność i otwartość to jest nasz stan ducha, nie skrytość partyzanckiej konspiry.

Partyzantka działa poza systemem, nielegalnie, by obalić wredne władze, bo nie ma innego na to sposobu. Ruchy miejskie są legalne, co nie wyklucza akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa, ale to nie jest istota ich działania. Tą istotą jest społeczna oddolna samoorganizacja mieszkańców dla współdziałania na rzecz ich zbiorowych wspólnych potrzeb i interesów. Obalanie systemu ma tu mało do rzeczy, natomiast jego zmiana, nawet gruntowna i owszem, na gruncie prawa, procedur, uznanych praktyk społecznych, pokojowych i skutecznych.

Partyzantka, chłopcy (i dziewczęta) w lesie, to w czasie pokoju może brzmieć jak intrygująca zabawa. Paintball albo w chowanego, nic serio. Figura „partyzanta” w XXI w. w naszej części świata jest albo groteskowa, gdy brana serio, albo zabawowa. Tymczasem TO jest serio i TO jest profesjonalne. Prawdziwi ekonomiści z kwalifikacjami robią analizy finansów miejskich i zarządzania, zawodowi redaktorzy piszą teksty, PRowcy programują przekaz a socjologowie-akademicy z doktoratami diagnozują problemy społeczne. Nie wspominając o kancelariach prawnych piszących nam skargi i zażalenia, przyrodnikach mierzących zagrożenia dla środowiska albo księgowych lub informatykach. Bliskie to jest pospolitemu ruszeniu pro publico bono choć na ograniczoną skalę, bardzo odległe od amatorskiej zabawy w chowanego. Pozywamy władze do prawdziwego sądu i tam wygrywamy, a nie ciągniemy je do lasu na ustawkę!

Jaki ma sens formatowanie ruchów miejskich w „partyzantkę”?

Wydaje mi się, że chodzi o eksmisję z systemu demokratycznej polityki poprzez upowszechnianie dyskredytującego nazewnictwa, polityczną neutralizację, byśmy nie mogli zafunkcjonować jak realny  podmiot polityki, do czego pretendujemy. A przecież ruch obywatelski, który stanowimy, jest z natury polityczny. Cały tekst Bartkowiaka jest taką werbalną akcją eksmisyjną. Pożyteczni, nieudolni, choć ofiarni idioci – to my. Trochę nas zinfantylizować, trochę zjuwenalizować w folklor i w nisze. I do lasu. Nie wspomnieć o milionach, którymi dysponują partie z subwencji na wybory oraz o urzędach miast, które są ustawicznie pracującymi sztabami wyborczymi zasiedziałych prezydentów. I nie wspomnieć, że kluczowe postulaty ruchów miejskich uderzają w potężne grupy interesów, zdolne załatwiać sobie ustawy w Sejmie, w „tłuste misie” z branży deweloperskiej, paliwowo-samochodowej, w globalne sieci handlowe, w lokalne interbiznesowe koterie, itd.
Napisać w tym kontekście, że nie mamy szans przede wszystkim dlatego że jesteśmy do dupy, to jest po prostu intelektualnie nierzetelne.

Bo może jest odwrotnie – w warunkach tak zatrzaśniętego, zabetonowanego systemu politycznego pilnującego ustalonego podziału łupów nawet amerykańscy supebohaterowie byliby do dupy...? 

Co do szans, to się okaże, ale nikt przytomny w ruchach miejskich realistycznie nie zakłada, że w tych wyborach przejmujemy władzę w miastach. Walczymy o przyczółki we władzach, ale w wielu miejscach, nie w jednym jak cztery lata temu. Nie damy się politycznie tak zneutralizować jak tzw. NGO’sy, tzw. budżety obywatelskie albo tzw. konsultacje społeczne. W jednym czy drugim chodzi o to, żeby oddolna aktywność ludzi nie naruszyła status quo.

Nam chodzi o coś dokładnie przeciwnego – o POWAŻNĄ ZMIANĘ STATUS QUO.




sobota, 8 listopada 2014

STADION SZYCA, CZYLI PREZYDENT ODPOWIEDZIALNY INACZEJ




SKO, czyli Samorządowe Kolegium Odwoławcze, to taki przedsionek sądu (administracyjnego), w którym rozpatrywane są zażalenia na decyzje urzędu. Warunki zabudowy (WZ) zaś to urzędowy opis możliwego przedsięwzięcia inwestycyjnego, konieczny do uzyskania pozwolenia na budowę, jeśli dany teren nie ma miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego (MPZP).

Wyglądało, przynajmniej w mediach, jakby Ryszard Odpowiedzialny Prezydent Grobelny (ROPG, żeby się nie męczyć, a majestatu nie urazić) miał rozdarte serce, kiedy przedwczoraj (środa, 5 listopada) ogłaszał skandal – oto SKO zdradziecko wydało warunki zabudowy pod wieżowce na terenie stadionu Szyca, wbijając miastu i jego mieszkańcom nóż w plecy. Faktem jest, że SKO rzadko samodzielnie wydaje decyzje, ale ma do tego prawo, więc prezydencka egzaltacja była na pokaz, dla nas, nieświadomej gawiedzi. Pokaz maskujący fakt, że to Ryszard Odpowiedzialny Prezydent Grobelny jest głównym winowajcą powstałego zagrożenia budowlanego dla tej części południowego klina zieleni, gdzie jest stadion Szyca. Po prawdzie ROPG jest miłośnikiem zabudowy stadionu Szyca, bo z tego kasa jakaś do kasy może skapnąć, np. na trawę na drugim (tj. pierwszym) stadionie, z deweloperem na balu prezydenckim się zgodnie pogada, itd., więc rozdarcie prezydenckiego serca jest tylko wyborczo-medialne.

Po kolei:

Najpierw, na przełomie tysiącleci, ROPG nie skorzystał z okazji, żeby przejąć stadion Szyca we władanie Miasta. Wieść gminna niesie, że jako oberkibol Lecha wolał wkładać (oj, włożył, dużo włożył...) w stadion przy ul. Bułgarskiej, żeby Litar miał potem czym zarządzać, niż wyjmować – na konto Klubu Warta. Może to kłamstwa, ale pismo ws przejęcia stadionu Szyca przez Miasto powstało i było gotowe do ekspedycji, ale z urzędu miasta już do wojewody nie wyszło, jakby zupełnie po myśli Litara.

W 2006 r. wywołany został plan miejscowy dla tej części A południowego klina zieleni, gdzie znajduje się stadion. Gdyby w ciągu minionych 8 lat ten plan ochronny został przyjęty, tematu nie byłoby w ogóle. Jak powszechnie wiadomo, plany miejscowe w Poznaniu opracowują deweloperzy, więc ROPG w ogóle nie jest jako prezydent odpowiedzialny za brak opracowania planu do teraz, a nawet jeszcze trochę. Chociaż ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym mówi coś zupełnie przeciwnego, to naszego ROPG nie dotyczy, bo on jest odpowiedzialny inaczej.
Kilkakrotnie molestowaliśmy prezydencką MPU w sprawie postępu prac nad planem – były, ale dotyczyły wszystkich planów sąsiednich, jakby był szlaban na MPZP dla stadionu Szyca

W 2006 r. inwestor zaczął ubiegać się o ustalenie warunków zabudowy dla terenu stadionu, ostatecznie pod blokowisko. Prezydent odmawiał, ale coraz słabiej. Kiedy stow. My-Poznaniacy wystąpiło o udział w tym postępowaniu (2011 r.), ROPG odmówił, bo to zmniejszyłoby szansę zabetonowania tego kawałka wciąż zielonej ziemi. Dopiero wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z lutego 2012 r. wymusił uznanie nas (wtedy nas) za stronę. Dzięki czemu ROPG mógł przedwczoraj z odgrywanym żalem stwierdzić, że wprawdzie jego urząd nie może zaskarżyć decyzji SKO (oh, oh, oh, słychać prezydencki szloch – to ze scenariusza briefingu...), ale na szczęście są My-Poznaniacy, którzy mogą to zrobić, żeby obronić teren przed deweloperem, a urząd pomoże. Tyle, że My-Poznaniacy są stroną wbrew ROPG. Plus jest SARP.

Zamiast dramatycznie pilnego planu miejscowego, ROPG zorganizował w maju 2012 r. sondaż społeczny, zbliżony metodą do sondażu deliberatywnego. Jako My-Poznaniacy byliśmy jego aktywnymi uczestnikami, mającymi wpływ na wynik. Zgodnie z wnioskami do planu chcieliśmy, żeby powstał Miejski Park Kultury STADION, wykorzystujący bryłę ziemną obiektu jako formę parku. ROPG „bezstronnie” dowodził, że tylko zabudowa jest dla miasta finansowo korzystna. Wynik był miażdżący dla dewelopera i ROPG, nawet dla nas zaskakujący – 98% (Poznań) i 100% (Wilda) respondentów przeciw zabudowie mieszkaniowej lub usługowej, z tego ponad 2/3 za parkiem. ROPG obiecał, że będzie się do tego stosować. Inwestor wyszedł wówczas z inicjatywą ekwiwalentnej zamiany działek, rozmawiał z nami (jako My-Poznaniacy) dwa razy, ale ROPG zlekceważył tę propozycję.

We wrześniu br. zostało przyjęte nowe studium przestrzenne, głosami PO i nadwornych radnych ROPG. Nie zawiera ono zapisów wyłączających z zabudowy teren stadionu Szyca, na którym duża większość poznaniaków chce parku, a ROPG obiecał publicznie, że ta wola zostanie uszanowana. Mamy jedynie ustne deklaracje prezydenckiego MPU, że nowy plan miejscowy (kiedy?) ustali w miejscu stadionu park. To mamy raczej mało.... Nie pierwszy raz w tej sprawie...

Chciałoby się zacytować klasyka, że tutejszy, odpowiedzialny inaczej prezydent, jest za uratowaniem Stadionu Szyca przed zabudową. A nawet, oczywiście, przeciw.


Lech Mergler 

------------------------------- 

Materiał w pierwszej kolejności opublikowany na stronie Prawa do Miasta
 

piątek, 7 listopada 2014

POZNAŃ 2050. Moja wizja




Pytanie o Poznań w 2050 roku* to dla mojej, powojennej generacji, pytanie o testament – jaki Poznań chcemy pozostawić następnym pokoleniom poznaniaków?

Taki Poznań, gdzie chce się żyć! Z takiego miasta się nie ucieka, przeciwnie, więc w 2050 r. ma być nas 650 tysięcy, a nie poniżej prognozowanych 490 tysięcy! Ludzie będą przybywać do miasta jeśli będzie atrakcyjne dla Europejczyka, czyli dobrego do życia na codzień dla wszystkich, bez gett wykluczenia i zdegradowanych dzielnic biedy. I taki ma być europejski Poznań, miasto wysokiej jakości życia, podstawa milionowej aglomeracji.
Dla atrakcyjności miasta kluczowa jest najpierw obszerna oferta dobrych pod względem warunków miejsc pracy, a nie tylko nominalnie najniższy wskaźnik bezrobocia, przy dużym odsetku umów „śmieciowych”, pracy poniżej albo obok kwalifikacji, w „szarej” strefie, bez oferty dla starszych itd. Zależy to od rozwoju gospodarki opartej na wiedzy, nie tylko odtwórczej, imitacyjnej. Oraz postawy władzy publicznej, która powinna by wzorowym pracodawcą, narzucającym innym podmiotom dającym pracę wysokie standardy zatrudnienia.
Dalej – mieszkania dostępne powszechnie, czyli chcę w Poznaniu łatwości uzyskania samodzielnego dachu nad głową dzięki zróżnicowanej ofercie mieszkaniowej – przede wszystkim tanich mieszkań na wynajem, a nie tylko drogich deweloperskich lokali własnościowych za kredyt dostępny niektórym.
Po trzecie – dramatycznie ważny jest funkcjonalny komfort przemieszczania się po aglomeracji, zgodnego z zasadami zrównoważonego rozwoju, dzięki rozbudowanej sieci tramwajowej i kolei aglomeracyjnej. Korki drogowe znikną dzięki „eksmisji” samochodów z centrum, na rzecz rowerów i ruchu pieszego, oraz ograniczeniu ich użytkowania w Śródmieściu. I dobrej komunikacji zbiorowej.
Następnie – wysokie standardy ekologiczne: zachowane normy hałasu, emisji zanieczyszczeń i pyłów, recykling odpadów, czysta woda. Oznacza to wyprowadzkę z Poznania lotniska wojskowego na Krzesinach i cywilnego na Ławicy jako dramatycznie hałaśliwych hamulców rozwoju przestrzennego miasta. Oraz zmniejszenie hałasu komunikacyjnego w Śródmieściu.
Po piąte, walorem miasta są dobre i nieskomercjalizowane usługi publiczne, od edukacyjnych szczebla niższego, średniego i wyższego, służby zdrowia i pomocy/opieki społecznej, po kulturę, sport masowy i powszechną rekreację.

Wszystko to musi być wpisane w harmonijny ład przestrzenny. Zwłaszcza zasadnicze jest odrodzenie historycznego Śródmieścia, serca miasta, które powinno być koncentratem atrakcyjnej, magnetyzującej miejskości. Oraz powrót miasta do rzeki, w wymiarze gospodarczym, rekreacyjnym, architektonicznym, komunikacyjnym.
By tak było Poznań musi stać się miastem otwartym, przezwyciężyć mentalność Festung Posen, oblężonej twierdzy, by rozwijała się kreatywność i atrakcyjne więzi społeczne i międzyludzkie, zwłaszcza z przybyszami, służące współpracy.
Warunkiem koniecznym, oczywistym tego co powyżej jest dojrzała demokracja miejska, włączająca na codzień ogół mieszkańców w realne decydowanie o swoim mieście.

I koniecznie do 2050 r. musi zostać odkopana i rozpropagowana najpoważniejsza poznańska spuścizna historyczna, tradycja początków Państwa polskiego, zapomniana w dużym stopniu nawet w Poznaniu.


*Tekst ten napisałem na prośbę Stowarzyszenia ULEPSZ POZNAŃ, na jego portal. Został tu w niedużym stopniu poprawiony.